Wakacyjna wyprawa podczas Międzynarodowego Roku Gór musiała być wyjątkowa. Ze wszystkich szalonych i mniej szalonych pomysłów, które narodziły się podczas wieczornych rozmów w schroniskach postanowiliśmy zrealizować ten najspokojniejszy i najbardziej realny - przejść Główny Szlak Beskidzki od Wołosatego do Ustronia. Panują dosyć rozbieżne opinie na temat jego długości, nam najbardziej spodobał się dystans 519 km - dobrze brzmi, możemy teraz powiedzieć "przeszliśmy ponad pół tysiąca kilometrów" ;-) Przeszliśmy... Szczegółowa rozpiska naszej trasy wraz z konkretnymi wiadomościami znajduje się tu. A tutaj - garść anegdot, wspomnień, refleksji...
    Pierwsze 500 m szlaku przejechaliśmy autobusem ;-) Okazało się, że przystanek PKS-u znajduje się w granicach Parku Narodowego i tym sposobem, niestety, ominęliśmy tabliczkę z początkiem szlaku . Początkowe dni minęły pod znakiem wiatru. Zapomnieliśmy już - ci, którzy byli w Bieszczadach - że tam tak strasznie wieje! Za to reszta była dokładnie taka, jak powinna być - przestrzeń połonin, zielone szczyty , bujne trawy , słońce i cisza... (nie licząc wiatru ;-)) W Smereku wkroczyliśmy na nieznane nam obszary świata - tego fragmentu Bieszczad i ciągnącego się przed nami Beskidu Niskiego nikt z nas nie znał osobiście. Pojawiające się w wielu miejscach wieści o fatalnym wyznakowaniu szlaków okazały się lekko przesadzone. Zgubiliśmy się... tylko kilka razy! I to tylko troszeczkę! ;-) Miało to też swoje uroki - Tokarnię zdobywaliśmy przedzierając się do góry korytem strumyka . Egzotyka Beskidu Niskiego pojawiała się wielokrotnie - czasami zastanawialiśmy się, przedzierając się krętą ścieżką przez chaszcze, kto puścił tu do pracy szalonego znakarza... 
   
Już po kilku dniach wędrówki zaliczyliśmy pierwszy deszcz na szlaku, a błota przez które przyszło nam się przeprawiać już do końca wyprawy zostało na naszych butach...
    Beskid Niski to nie tylko malownicze góry ale i ślady historii - pozostałości cmentarzy z Wielkiej Wojny (z najbardziej znanym - na Rotundzie ), ślady kultury łemkowskiej    i takie "wspomnienia motoryzacyjne" .
   
Góry górami, ale czasami potrzebne jest trochę cywilizacji! Spędziliśmy dwa dni w Krynicy - śpiąc, jedząc na zapas i, oczywiście, zwiedzając to sympatyczne uzdrowisko. A potem - dalej w drogę! I znowu deszcz... Burza, która już grzmiała nam nad głowami, kiedy dochodziliśmy do Krynicy, poczekała dwa dni i całe swoje zapasy deszczu próbowała nam wylać na głowy w Beskidzie Sądeckim. No i dopadła nas już prawie w Gorcach... Z pewnością są więksi rekordziści od nas, ale my pobiliśmy na własny użytek rekord trasy Przełęcz Knurowska - schronisko na Turbaczu . Ale kiedy jest się w centrum burzy, co kilka sekund widzi i słyszy wokół siebie pioruny "że aż dżdżownice z ziemi wyskakują" (jak obrazowo opowiadał o tym później Marek), ścieżkami płyną strumienie wody - tempo marszu wzrasta błyskawicznie (nomen omen ;-))...
    W Gorcach, Beskidzie Makowskim, Żywieckim i Śląskim, przez które dalej wędrowaliśmy, czujemy się prawie jak w domu! Niektóre odcinki szlaków przeszliśmy już wielokrotnie, więc pewnie dlatego na dwa dni cały nasz świat szczelnie otulił się mgłą    a na Babiej Górze tym razem, o dziwo, wcale nie wiało .
    A dalej... to już były same niespodzianki! Najpierw musieliśmy na chwilę porzucić nasz szlak - odcinek Markowe Szczawiny - Przełęcz Jałowiecka znów był zamknięty i trzeba było iść "objazdem", przez Małą Babią Górę... Na Przełęczy Glinne czekał na nas br. Mirek, który w zeszłym roku wraz z grupą Bieszczadzkich Aniołów przeszedł GSzB. Teraz dołączył do nas, szedł z nami kilka dni i był "sprawcą" największej niespodzianki, którą zaserwował nam na koniec naszej wędrówki: relacji telewizyjnej o naszym przejściu Szlaku . Nagrywanie reportażu na Równicy było bardziej wyczerpujące niż całodzienna wędrówka! Powtarzanie każdego ujęcia, kilkukrotne wychodzenie zza paproci, z górki, pod górkę, przez kałużę - przyciągało coraz bardziej zaciekawione spojrzenia zgromadzonych na Równicy wczasowiczów. A potem... już "tylko" zejść z Równicy, przejść przez cały Ustroń w poszukiwaniu końca (początku?) szlaku   i wrócić do codziennej rzeczywistości...