Po wyjątkowo długiej i śnieżnej zimie, kiedy już najeździliśmy się na nartach zaczęła w nas narastać chęć powrotu na wiosenne zielone szlaki naszych ulubionych górek. Pierwszą wiosenną wyprawę zaplanowaliśmy na 8-9 kwietnia. Wyruszyliśmy z Węgierskiej Górki w kierunku Rysianki. Pierwsze podejścia pokryte przeciętną warstwą wiosennego śniegu nie zapowiadały czekających nas dalej atrakcji (foto). A dalej... było coraz bardziej zimowo... Efekty były następujące: szlak przewidziany na 5 godzin szliśmy 9 godzin, zgubiliśmy go tylko 3 razy, w trakcie kolejnej godziny marszu zaczęliśmy już tworzyć scenariusz filmu katastroficznego „Lethal white” do schroniska zamiast wejść po schodach do góry trzeba było się ześlizgiwać na dół... A mimo to (a może właśnie dlatego) wspominamy ten wyjazd bardzo sympatycznie. Zwłaszcza, że poranek następnego dnia przywitał nas porażającym wiosennym słońcem! (foto) 

            Najdłuższy weekend współczesnej Europy też oczywiście chcieliśmy spędzić w górach. Plany przewidywały Rycerzową. PKP nie uwzględniły naszych planów i wysłały w świat stanowczo za krótki pociąg, w który nie udało się nam było zdobyć miejsca. Kolejny pociąg odjeżdżał w kierunku mniej więcej nas satysfakcjonującym, więc z mniejszymi już kłopotami wsiedliśmy do niego obierając za cel naszej wyprawy Baranią Górę. (foto) Nie był to może najbardziej ambitny wyjazd, ale ileż zmian w stosunku do pierwotnych planów!   

             17-18 czerwiec to już prawie lato, więc poniosło nas w Tatry. A tam... znowu niespodzianka! Jakieś wiosenno-letnie remanenty zapasów śniegu znowu posypały się na nas... Nasza ambicja (poparta niejakim doświadczeniem i przygotowaniem) nie pozwoliły nam zrezygnować z planów wejścia na tatrzańskie granie i szczyty i tylko tradycyjnie te plany trochę zmieniliśmy (zgodnie z nazwą naszej grupy). Zrezygnowaliśmy z Liptowskiej Grani, poszliśmy trochę bardziej klasycznie. Z Grzesia dane nam było zobaczyć fragmenty zaśnieżonej panoramy gór (foto), a dalej to już tylko dane nam było zobaczyć śnieg, który na Wołowcu nawet nie bardzo umiał się zdecydować, w którą stronę pada... (foto) 

            Początek wakacji to realizacja planu z końca kwietnia, kiedy to nie udało nam się wcisnąć do pociągu z sardynkami. Rycerzowa oczywiście zachwyciła nas i tym razem (foto). Niesamowitość tego miejsca zawsze napełnia nas energią do robienia „rzeczy dziwnych”. Tym razem było to bieganie na bosaka po hali zaminowanej przez owieczki. Efekty tejże zabawy były odczuwalne! 

 Dopiero pod koniec wakacji udało nam się ponownie zebrać i zastępczo zamiast w Kotlinę Kłodzką (precyzyjny plan rozpracowany co do minuty z powodu krótkości wakacji został na następne) pojechaliśmy w Pieniny. Ulokowaliśmy się w domku kempingowym przy schronisku PTTK w Szczawnicy. Domek był całkiem duży, choć rozlatujący się. Jednak atrakcją tegoż wygodnego apartamentu były białe myszki (prawdziwe!), które jak się okazało dość syto karmiliśmy bułkami przez dwie noce. Pieniny z szczytu Trzech Koron (foto) okazały się równie białe jak myszki, a właściwie mgliste, bo poza mleczną zasłoną nie zobaczyliśmy nic. Małe Pieniny okazały się trochę bardziej przystępne pokazując się nam w całej okazałości, co sprowokowało nas do popełnienia zdjęcia pt.: „Impresje na temat Pienin” (foto). Ostatniego dnia obowiązkowo zaliczyliśmy spływ Dunajcem, który niektórym mylił się z Dunajem! A flisacy jak zawsze... 

 Kolejna pora roku sprowadziła nas na Babią Górę. Wyprawę rozpoczęliśmy nocą. Przybycie do schroniska na Markowych Szczawinach o 22.30 wiązało się z pewnymi kłopotami, gdyż otrzymaliśmy klucze do pokoju, którego nie było. Poszukiwania zaginionego miejsca naszego noclegu zakończyły się obudzeniem wielu turystów. Kolejny dzień natomiast dostarczył niezapomnianych wrażeń: „Babiogórska Jesień” mieniła się wszelakimi kolorami (foto); ze szczytu Babiej naprawdę zobaczyliśmy Tatry (foto), a po całodniowej wędrówce dotarliśmy na Halę Krupową, która okazała się kolejnym wartym uwagi  miejscem. Sympatyczne tamtejsze schronisko jest dla nas historycznym miejscem, gdyż odbyło się tam demokratyczne głosowanie i wybór oficjalnie obowiązującego logo naszej grupy (ponieważ Tomek, który miał logo wymyślić – wymyślił 11 projektów!). Trzeci dzień naszych zmagań zakończyliśmy w Zawoi Centrum na festynie z okazji wspomnianej już „Babiogórskiej Jesieni”. 

 Prawdziwe lato (ostre słońce i temperatura koło 20 stopni) ukazało się nam w październiku na Trzech Kopcach, kiedy to po raz pierwszy cała Elita zebrała się w całości. Historycznym wydarzeniem tego wyjazdu było oficjalne wręczenie koszulek EGT oraz prezentacja kroniki (foto)

 Jesień tego roku była wyjątkowo długa. Święto Niepodległości chcieliśmy na Leskowcu (foto) uczcić minutą ciszy, ale w rzeczywistości trwała ona tylko jakieś 15 sekund. Dłużej cicho nie wytrzymaliśmy. Ciekawym doświadczeniem była obserwacja zgrupowania goprowców w schronisku. Szczególną rolę ratownicy poświęcali ćwiczeniu przełyku, aby w gardle nie zaschło podczas akcji. Szkolenie było tak bardzo intensywne, że jeszcze głęboką nocą słyszeliśmy ich chóralne śpiewy. Naszą wędrówkę skończyliśmy zjadając dziesiątki gałek lodów w Andrychowie. Polecamy! 

 Kiedy zaczął się zbliżać koniec roku nasze niespokojne duchy zaczęły rozglądać się za miejscem odpowiednim do powitania nowego tysiąclecia. Wybór padł na Halę Radziechowską (foto). Pojechaliśmy na zwiady, miejsc zdecydowanie przypadło nam do gustu, więc 31 grudnia ponownie pojawiliśmy się na szlaku z Węgierskiej Górki obładowani ponad zwykłą normę namiotami, fajerwerkami i mnóstwem jedzonka (tradycyjny noworoczny bigos, świąteczne pierniczki). Ciężar naszych plecaków sprawił, że... nie dotarliśmy na Halę, ale niewiele nam brakowało! Na przełęczy nazwanej na nasz własny użytek Przełęczą Trzeciego Tysiąclecia stanęły nasze dwa namiociki. Szybko okazało się, że siarczysty ;-) mróz (ok. –8) sprawił, iż nasze myśli skupiły się na przetrwaniu tej nocy. Ludzie! Nie wierzcie śpiworom na których jest napisane „minimum –20”! Bartek w takim śpiworze „trząsł się jak ruska lodówka” (to jego własne, zmarznięte słowa).  Ale nie zmroziło nam to dobrego humoru! Siedzieliśmy w piątkę w jednym małym namiocie i przez kilka godzin uprzyjemniali okolicznej zwierzynie (o ile jeszcze taka została) tę wyjątkową noc naszymi chóralnymi śpiewami. Mrozik nie pozwolił nam długo wylegiwać się w „cieplutkich” śpiworach, ale za to dane mam było podziwiać pierwszy świt nowego tysiąclecia... (foto)

wyjście