Po oryginalnie spędzonym Sylwestrze niektórzy zarzekali się, że „nie wyjadą w góry, dopóki nie będzie naprawdę ciepło”. Na szczęście kapryśna zima nie kazała nam długo czekać na taką okazję i już w połowie lutego wyruszyliśmy na niezawodne beskidzkie szlaki. Zawiodły nas one do naszej ulubionej bacówki na
Rycerzowej (foto), a dalej na Wielką  Raczę (foto). Ten wyjazd zapisał się w naszej pamięci jeszcze jednym „egzotycznym” szczegółem: na Wielkiej Raczy przegadaliśmy (używając różnych znanych nam języków i rąk też) pół nocy ze spotkanym tam Holendrem. Harcerze, którzy mieli tam zimowisko nie byli tak rozmowni.  

Prima aprilis to bardzo dobry termin wyjazdu dla tak „poważnej” ekipy jak nasza. Rozleniwieni wiosenną pogodą wybraliśmy się zobaczyć jak wyglądają okolice, w których tego roku nie dane nam było pojeździć na nartach. W schronisku na Skrzycznem nie było prawie nikogo... A szkoda! Bo chętnie zaprezentowali byśmy się w naszych wybitnie rozrywkowych i niepoważnych nakryciach głowy, którymi uczciliśmy pierwszy dzień kwietnia (foto).

            Kolejny wyjazd to najdłuższy weekend świata czyli początek maja. Tłumy wtedy wyruszyły na górskie szlaki i po raz pierwszy widzieliśmy znane nam ulubione okolice gęsto zaludnione. A ulubione okolice to Beskid Żywiecki na trasie Sopotnia – Rysianka - Trzy Kopce – Krawców Wierch (foto)– Rycerzowa (foto) – Rycerka.  

            Przed zbliżającymi się wakacjami należało trochę rozruszać stare kości, więc wyjątkowo tłumnie wybraliśmy się na spacerową trasę Czantoria – Stożek. (foto) Dodatkowych atrakcji podczas tej wyprawy dostarczył nam Bartek, który wyjechał wcześniejszym pociągiem i przez pół dnia znajdowaliśmy na trasie jego liściki do nas, aż w końcu znaleźliśmy Bartka (foto).

            A kiedy nadeszły wakacje... wreszcie udało nam się zrealizować zeszłoroczne plany i wyjechać w góry wokół  Kotliny Kłodzkiej! W ciągu tygodnia przelecieliśmy hektary wszelakich pasm górskich (dokładnie ok.135 km). Byliśmy na Śnieżniku (jednak śniegu tam nie było), przeszliśmy Góry Bialskie (one również nie były białe), na skutek „nieoczekiwanych zmian w ostatniej chwili” poszliśmy w Góry Złote (foto)(złota tam niestety nie znaleźliśmy). Niespodziankę dopiero sprawiła nam szkoła w Bardzie! - tak, tak, szkoła i to w czasie wakacji, a dokładnie basen przy niej (foto). Po tak ciekawym noclegu, pełnym "miejscowych atrakcji", powędrowaliśmy Grzbietem Zachodnim Gór Bardzkich (żadnych barów po drodze nie było...) i przeszliśmy Góry Sowie (foto) (nawet Tomek, który interesuje się ornitologią, sowy tam nie widział). Pierwszym pasmem górskim, którego nazwa miała związek z rzeczywistością były Góry Stołowe -  rzeczywiście grzbiety tych gór są płaskie jak blaty stołów! Jeszcze bardziej niesamowite były Skalne Grzyby (foto), które wyglądały jak grzyby ;-), labirynty Szczelińca Wielkiego (foto) i Błędnych Skał. Natura, tworząc Góry Stołowe, wykazała się wielką fantazją. A może to Ziemia Kłodzka tak działa? Nam fantazja przejawiała się m. in. w ustawianiu się do pamiątkowych zdjęć ;-)(foto).

            Sierpień i wrzesień to dwie wyprawy w Tatry. Kiedy wreszcie kapryśne lato zdecydowało, że jednak jest latem – my wyjechaliśmy do Doliny Pięciu Stawów i obeszliśmy okoliczne górki. Co prawda i tak momentami dyżurne i zawsze obecne nad Tatrami chmury przesłaniały nam eksponowane widoki z Orlej Perci (może to i dobrze...? ;-) (foto), ale ostatniego dnia mogliśmy podziwiać „Piątkę” w całej swej majestatycznej wysokogórskiej okazałości (foto).Korzystając z rewelacyjnej pogody sprawdziliśmy również czy Morskie Oko jest na swoim miejscu (foto) i czy na Rusinowej Polanie nadal sprzedają najlepsze na świecie oscypki (foto).  

            A trzy tygodnie później zobaczyliśmy w Tatrach początki tegorocznej zimy! Liptowska Grań od dawna była niespełnionym marzeniem niektórych z naszej ekipy. Tym razem ani siąpiący uparcie deszcz, ani mgła o różnym stężeniu (foto), ani wielokierunkowy wiatr nie powstrzymały nas przed przejściem tej trasy. I chociaż był to spory wysiłek (foto) – warto było!  

        12 października nastąpił aneks do naszej wakacyjnej wyprawy w Sudety. Wygraliśmy namiot w konkursie fotograficznym Gazety Wyborczej i Alpinusa!!! (foto)   Przyda się na następne wyprawy... ;-)

        A dwa dni później złota polska jesień i rocznica pewnego "historycznego" wydarzenia spowodowały, że pojechaliśmy na Błatnią. I tym razem wróciliśmy wspomnieniami do wszystkich naszych wypraw przeglądając bardzo uaktualnioną kronikę. A firmowa garderoba EGT została rozszerzona o bandanki (ze względu na swój za mały rozmiar najczęściej używane jako serwetki) (foto).

        Są miejsca do których wraca się o każdej porze roku. Dla nas wyjątkowym miejscem jest Rycerzowa ze swoim nieuchwytnym klimatem, sympatycznymi ludźmi, widokami i ciszą. Tym razem ludzi było wyjątkowo dużo, widoki były trochę zamglone (foto), ale cisza  i niepowtarzalny klimat bacówki były na swoim miejscu. I jeszcze dodatkowa atrakcja - świeżo wyremontowane łazienki! A kiedy zeszliśmy następnego dnia do Ujsoł i udało nam się dostać do Rajczy - wyjątkowo długo czekaliśmy na pociąg, wypełniając ten czas cytatami z klasyki filmu (foto)

        Równocześnie z jesiennymi wyprawami miał miejsce doniosły fakt w naszej wirtualnej historii - nasza strona zajęła drugie miejsce w 58. edycji konkursu Republiki "Podium". Dziękujemy wszystkim, którzy na nas głosowali! 

       Nastała kolejna zima. I jak tu nie skorzystać z frajdy łażenia w śniegu!(foto) Z grupą kilkunastu gimnazjalistów pod przewodnictwem zaprzyjaźnionej p. Gąsior weekend 8-9 XII spędziliśmy na Wielkiej Raczy.(foto) Największą atrakcją wyjazdu była gra w rugby plastikową butelką przed schroniskiem  po ciemku i przy kilkunasto stopniowym mrozie – walka była ostra i nikomu nie było zimno!

 

wyjście